|
|
poniedzia³ek, 08 lutego 2010
Warszawo!
Weekend zacz±³ siê od pi±tkowego popo³udnia i jazdy przez nawiewaj±cy na asfalt krajowej siódemki ¶nieg. Ju¿ ko³o Nowego Dworu Gdañskiego zarzuci³em pomys³ jak najszybszego dotarcia do Warszawy na rzecz dotarcia w ogóle. Przystopowa³o mnie mrowie b³yskaj±cych, niczym flesze, czerwonych i niebieskich ¶wiate³, oraz kilometrowy korek. Wypadek nie by³ du¿y, raptem dwa auta, nie mniej powa¿ny o czym ¶wiadczy³y niemi³osiernie pokiereszowane karoserie pêdz±cych jeszcze niedawno samochodów. Szczê¶liwie, nie by³o ofiar ¶miertelnych. Od tego miejsca przesta³em my¶leæ o czasie, a skupi³em siê na miejscu, co zapewne wysz³o, nie tylko mnie, na zdrowie. Do Warszawy dotar³em pó¼nym wieczorem, nieledwie noc±. Nieco ju¿ zmêczony odebra³em z hotelu na Ko¶cielnej klucze do mojego tymczasowego mieszkania na Wilczej i ko³o pierwszej w nocy (klucz musia³ siê zaci±æ, wiêc godzinê gmera³em nim w zamku. Jak¿eby mog³o byæ inaczej), mog³em rozsi±¶æ siê wygodnie na sofie z kubkiem gor±cej herbaty w rêku. Warszawa – westchn±³em. - Och, jak¿e ja ciê nienawidzê miasto wietrzne, miasto przeklête! – wykrzycza³em w okno z widokiem na okno. Po có¿ zatem ty w tej Warszawie? Zapytacie. W roli obstawy. W funkcji opiekuna drivera. Odwie¼æ, przywie¼æ, nakarmiæ. Przypilnowaæ w czasie wspólnym. Czuwaæ podczas godzin osobnych. O drugiej le¿a³em ju¿ pod grub± ko³dr±. Rozum nakaza³ g³owie zasn±æ. G³owa us³ucha³a po³owicznie. Wy³±czy³a nogi. Potem, z pewnym oporem wziê³a siê za rêce. Marnie jej to sz³o, ale w koñcu uda³o siê. Kiedy przysz³o, by i ona sama, g³owa, zapad³a siê w niebyt odmówi³a wspó³pracy. Podsuwa³a wyobra¼ni jakie¶ majaki, w których ¶wiadom otaczaj±cej mnie rzeczywisto¶ci doznawa³em cielesnej nieobecno¶ci. Warszawo! Miasto z³o¶liwe. Miasto niezasypiaj±ce i niepozwalaj±ce zasn±æ. Z niby snu podnios³em siê o pi±tej. Pewien, ¿e ju¿ nie zasnê zrobi³em sobie kawy. Zapomnia³em zabraæ ze sob± zbo¿owej, wiêc wypi³em zwyk³±, kupion± po drodze na stacji benzynowej, wraz z herbat± i gotowymi kanapkami w plastikowym, twardym opakowaniu. Dawno nie pi³em czarnej, mo¿e dlatego kofeina znowu odzyska³a swoj± dawn± moc nakrêcania cia³a. Zmêczenie odesz³o ode mnie. Ubra³em siê i nie zwa¿aj±c na godzinê wyszed³em w ciemne jeszcze noc± miasto. Jerozolimskie têtni³y ¿yciem. Czy ta ulica chocia¿ na moment przysypia? Do klubu, z którego dochodzi³ rytmiczny ³omot, wci±¿ chcieli dostaæ siê imprezowicze. Zaskoczony spojrza³em na zegarek. Za dziesiêæ szósta (rano!). Niebo zrobi³o siê szare. Pokrêci³em g³ow± prowincjusza i zrobiwszy w ty³ zwrot ruszy³em z powrotem, do ronda z palm± i dalej, ku Kruczej. Zawia³o. Zimno przeszy³o mnie nieprzyjemnie na wskro¶. Warszawo! Stolico ch³odu. W ¯abce vis a vis bramy za któr± za chwile mia³em znikn±æ Warszawie z oczu, kupi³em bu³ki, mas³o, jajka, ser i paczkowan± wêdlinê w plastrach, niepomny gotowych kanapek czekaj±cych w lodówce. O ósmej zrobi³em jajecznicê i obudzi³em obiekt mej nieustaj±cej troski. O dziesi±tej, po tym jak odwioz³em j± na Kajki, zosta³em sam, bez obowi±zków, zaplanowanych spotkañ. O Warszawo! Mie¶cie interesów poganiaj±cych czas. Wróci³em na Wilcz±. Spakowa³em obiektywy, aparat przewiesi³em przez szyjê i ruszy³em w miasto. Z pocz±tku pêdzi³em przez Marsza³kowsk± jak wiatr. Ledwo starczy³o mi tchu, by uchwyciæ czyj±¶ twarz za szyb± tramwaju. Ostatnia klatka! – zawy³em w my¶lach wpatrzony w z³o¶liwie roze¶miane zero na wy¶wietlaczu. Wróci³em biegiem do mieszkania. Tego czego nie zabra³em razem z obiektywami by³a pusta karta pamiêci. I dok±d tak pêdzê? Zapyta³em siê, kiedy wyszed³szy po¶piesznie z bramy, po raz trzeci dzisiaj, napotka³em rozci±gniêta w poprzek chodnika bia³o-czerwon± ta¶mê. Zadar³em g³owê chc±c dojrzeæ nieba, którego w Warszawie nigdy nie mia³em okazji ogl±daæ. I tym razem oko nie dosiêg³o b³êkitu. W promieniach zimowego s³oñca, uczepiony liny wisia³ cz³owiek. M³otkiem stuk, puk pozbawia³ balkony sopli. - Niech Pani nie przeszkadza! Krzyczy do kobiety otwieraj±cej drzwi balkonowe stuk, puk nawo³ywaniu. Zatrzaskuje je niemal natychmiast, a ja nagle nie wiem jaka jest moja Warszawa. Czy ja j± w ogóle znam? - Stuk, puk. Wo³a³a, lecz ja zajêty swoimi sprawami nigdy nie znalaz³em czasu by jej otworzyæ. - Stuk, puk. B³aga³a, bym nie zamyka³ przed ni± g³owy zazwyczaj na o¶cie¿ otwartej. Zaskoczony, upu¶ci³em nerwy napiête jak postronki. Skrzy³y siê przez chwilê elektrycznie brakiem czasu, a potem zastyg³y w tera¼niejszo¶æ. Ju¿ wolny ruszy³em zweryfikowaæ s³owo budz±ce my¶li nienawistne. Warszawo! Miasto…?
niedziela, 31 stycznia 2010
Premia
Powiem szczerze, ¿e mia³em dylemat. Dzi¶ rano nie spodziewa³em siê, ¿e wczorajsze zdjêcia z Or³owa strac± tak raptownie blask. Niedzielny poranek uraczy³ mnie premi± w postaci pary ptaszków rzadko spotykanych w moich okolicach i to Bielik sta³ siê gwiazd± tego weekendu, a nie ³ab±dki, ale niech im bêdzie, po znajomo¶ci.




czwartek, 28 stycznia 2010
Cz³owiek - czy to brzmi dumnie?
Mróz nieco odpu¶ci³, lecz zima nie ustêpuje. Miêsisty ¶nieg pada gêsto z krótkimi przerwami prawie na okr±g³o. Niedawno wydeptana ¶cie¿ka niknie po chwili przykryta bia³± ko³dr±. Tak jest w miejscach, gdzie niezbyt czêsto zagl±damy popêdzaj±c w³asne sprawy. W tak± pogodê niechêtnie zapuszczamy siê poza utarte szlaki. Zreszt± taka wyprawa owocuje zazwyczaj przemoczeniem nóg, a potem katarem ci±gn±cym siê w nieskoñczono¶æ. Opatuleni, zakapturzeni, przytupuj±c odczekujemy swoje na: przej¶ciach, przystankach, kolejce do warzywniaka. Z opuszczonymi g³owami mijamy siê zbyt po¶piesznie, by zauwa¿yæ co¶ poza w±sk± od¶nie¿on± ¶cie¿k±. Zbyt zajêci my¶lami o kubku gor±cej herbaty nie widzimy, ¿e na naszych oczach ³awka na przystanku zamienia siê w grób. - Niech pan nie ¶pi. Tr±cam mê¿czyznê w pikowanej, szaroburej kurtce i we³nianej, brudnej czapce, który opieraj±c ³okcie o kolana zatopi³ g³owê w d³oniach i chyba zapomnia³ o poruszaniu siê. - Eee… Zabe³kota³ podnosz±c chybotliwie g³owê. Pijany - pomy¶la³em niezadowolony. Có¿ mia³em z nim pocz±æ? Spo³eczeñstwo skupione przed chwil± pod prze¼roczystym skrawkiem pleksy rozpierzch³o siê nagle pozostawiaj±c mnie sam na sam z Cz³owiekiem. Z³y na siebie, ¿e nie wybra³em jazdy autem wypytujê go: - Jaki Autobus? Dok±d Pan jedzie? Przepuszczam mój 198, nie zostawiê go przecie¿. Mê¿czyzna patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem - Có¿ on od mnie chce? – zdaje siê pytaæ Samotny po¶ród ludzi. Po kilkunastu minutach umordowany wyci±gniêciem jakiejkolwiek informacji, nagabywany podejrzliwymi spojrzeniami przysz³ych pasa¿erów komunikacji miejskiej decydujê siê zadzwoniæ na policjê. Przyje¿d¿aj± po dwudziestu minutach, w miêdzyczasie ten i ów wyra¿a swoj± opiniê na temat, mojego donosicielstwa. Czy mog³em zrobiæ co¶ innego? Nie wiem, jedno co wiem, to to , ¿e zrobi³em cokolwiek. To by³ poniedzia³ek. Czwartek zacz±³ siê inaczej. Termometr za oknem pokazuje minus jeden. ¦nieg dalej pada. Drzewa odziane w bia³e czapy kusz± obietnic± udanych zdjêæ. Zabieram aparat, psa i wychodzimy na spacer. Przez chwilê waham siê miêdzy lasem, a ogródkami dzia³kowymi. Po krótkim zastanowieniu wybieram to drugie. Mijam g³ówn± bramê i idê w stronê bocznej furtki od ulicy Zielonej, jakie¶ piêæset metrów dalej. Z niezadowoleniem stwierdzam, ¿e kto¶ ju¿ têdy szed³ - pies pozostaje przypiêty do smyczy. Przesta³o ¶nie¿yæ i powietrze sta³o siê zimowo przejrzyste. Pstrykam: krzak agrestu, miniaturka wiatraka, japoñski mostek. Nieprzetarte szlaki kusz±, lecz nie decydujê siê na nie. Nie uszed³em trzystu metrów, kiedy pies ujadaj±c zatrzymuje siê przy skrzy¿owaniu z boczn± alejk±. - Spokój! - krzyczê. Podchodzê. ¦lady omijaj±, to miejsce szerokim ³ukiem. Nie wiem czyje, to ¶lady, ale przy ogrodzeniu, tu¿ za skrzy¿owaniem le¿y w ¶niegu Cz³owiek. W dwóch susach pokonujê dziel±c± mnie od niego odleg³o¶æ brukaj±c odciskami podeszw nieporuszon± biel dooko³a niego. Le¿y twarz± do ziemi. Jasnoniebieska bluza w bia³e paski jest ju¿ pokryta centymetrow± warstw± ¶niegu. Przewracam go na plecy. Twarz ma sin±. Twarde jak kamieñ nadgarstki nie pozwalaj± wyczuæ pulsu. Siêgam do szyi, ta jest miêkka, wydaje siê byæ nawet ciep³a. Nie znajdujê, jednak na niej ¿ycia. Nic pod skór± nie têtni. Siadam w ¶niegu i patrzê têpo na ¶lady moich stóp. Potem na czyje¶, obce, okr±¿aj±ce, nikn±ce gdzie¶ za rogiem, które nie zada³y sobie trudu, by podej¶æ. Z pewno¶ci± nie by³, to Cz³owiek. To nie móg³ byæ Cz³owiek! Dzwoniê pod 112. Biegnê do furtki. Czekam. Przyje¿d¿aj± szybko, nawet nie minê³o dziesiêæ minut. Najpierw pogotowie, zaraz za karetk± policja. Przez t± chwilê zd±¿y³em nieco och³on±æ. Zastanawiam siê - Czy mogê co¶ jeszcze zrobiæ? Kiedy sanitariusze pochylaj± siê nad cia³em, wiem ju¿ co. Chwytam aparat i robiê zdjêcie. Jedno - owoc nieludzkiej obojêtno¶ci. Ecce homo.

¶roda, 27 stycznia 2010
Duch (2)
W jego postaci nie by³o niczego niezwyk³ego: ¶redni wzrost, ¶rednia budowa cia³a, przerzedzone, siwiej±ce w³osy, lekko zaokr±glony brzuch. Duch by³ ¶redni, wrêcz przeciêtny, a mimo to zdawa³o siê, ¿e ca³kowicie wype³ni³ swoj± osob± dostêpn± w pomieszczeniu przestrzeñ wypieraj±c z niego równocze¶nie powietrze. Kosza³ek odst±pi³ od Profesora i opad³ na swoje ³ó¿ko. Rêce nadnaturalnie ciê¿kie uderzy³y g³ucho o stalow± ramê. W g³owie k³êbi³y siê jakie¶ my¶li, ale ¿adnej z nich nie by³ w stanie uchwyciæ. Zajêcza³ cicho. Pod powiekami zatrzepota³y bia³e plamki. Profesor z d³oñmi przy szyi, z wci±¿ widocznymi, czerwonymi ¶ladami po palcach Kosza³ka, charcz±c i ¶wiszcz±c chciwie ³apa³ oddech. Wytrzeszczone do granic mo¿liwo¶ci oczy grozi³y wypadniêciem z czaszki. - Co siê z wami dzieje ludzie? Wymamrota³ Duch. Reszta tlenu tê¿a³a na kamieñ od jego g³osu. - Jestem krasnalem. Wybe³kota³ z trudem Kosza³ek. - B±d¼ sobie i Naj¶wiêtsz± Panienk±, a w mojej sali ma byæ spokój! Hukn±³ Duch. Z sufitu posypa³y siê drobne kruszynki niby p³atki ¶niegu. Kosza³ek skurczy³ siê i faktycznie przypomina³ w tej chwili krasnala. - Spaæ. Rozkaza³ Duch siadaj±c na ³ó¿ku. - A najlepiej po³knijcie te pieprzone pigu³y. Doda³ po chwili, ju¿ le¿±c. Powietrze wróci³o na swoje miejsce. Profesor zach³ysn±³ siê pierwszym swobodnym oddechem i zakaszla³ sucho. Kosza³ek siêgn±³ pod poduszkê i wyci±gn± tabletkê, której nie zd±¿y³ siê jeszcze pozbyæ. Prze³kn±³ j± nie popijaj±c. Gdy tylko kaszel pozwoli³, Profesor zrobi³ to samo. Kiedy zaniepokojona ha³asem siostra z nocnego dy¿uru zajrza³a przez niewielkie okienko ze zbrojonego szk³a w drzwiach do sali, pacjenci zdawali siê spaæ w najlepsze. Przez chwilê sta³a przygl±daj±c siê podejrzliwie ka¿demu z osobna. Wreszcie, wzruszywszy ramionami wróci³a do dy¿urki i niechêtnie przerwanej lektury.
_____________________________________________
Nie by³o zamiarem doktora Wroñskiego spó¼niæ siê dzi¶ do pracy, tym bardziej, ¿e by³ to jego pierwszy dzieñ po dwutygodniowym urlopie. Spêdzone b³ogo w Szczyrku czterna¶cie dni wci±¿ malowa³o siê u¶miechem na jego twarzy. Po raz pierwszy uda³o mu siê zgraæ swój urlop z wymówk± kochanki. Stoj±c w niedzielê wieczorem przy oknie przygl±da³ siê rozpêdzonym p³atkom ¶niegu, przeczuwa³, ¿e mo¿e mieæ problemy z dotarciem jutro do szpitala. Postanowi³ nastawiæ budzik o pó³ godziny wcze¶niej ni¿ mia³ to w zwyczaju. Nie pomog³o. Najpierw nie chcia³a odpaliæ prawie nowa Toyota, potem zakopa³ siê na niedbale od¶nie¿onym odcinku drogi tu¿ przed wjazdem na czarn± nitkê asfaltu. A kiedy za pomoc± linki holowniczej i ¿yczliwego kierowcy Hondy móg³ ruszyæ dalej, utkn±³ w korku. Efektem tego by³o ponad dwugodzinne spó¼nienie. Byæ mo¿e gdyby wiedzia³, co go czeka po przyje¼dzie do pracy zadzwoni³by do ordynatora powiadamiaj±c, ¿e nie da rady dojechaæ. Nie zrobi³ tego. Dobry humor nie opu¶ci³ go a¿ do drzwi szpitala. Dwaj ro¶li salowi i jedna z sióstr przygl±dali mu siê jak odwrócony do nich ty³em siedz±c na ostatnim ³ó¿ku po lewej wpatruje siê w okno. Prócz niego na sali nie by³o nikogo, chocia¿ pomiêta po¶ciel zdawa³a siê ¶wiadczyæ o czym¶ zupe³nie przeciwnym. - A wolno tam ju¿ wchodziæ? Zapyta³ salowy, ten z twarz± przy samej szybie, zerkaj±c niespokojnie na siostrê. - Tak. Policja zrobi³a ju¿ swoje, a cia³a odwie¼li do patologa - odpowiedzia³a. - Mój bo¿e, wszyscy czterej - westchnê³a. Ten drugi, stoj±cy za jej plecami wyszepta³ konspiracyjnie: - Mówiê wam, tym z nocnej zmiany popierdoli³y siê tabletki i … - Panie W³odku, niech pan nie pierdoli bez potrzeby - przerwa³a mu w pó³ zdania – i we¼mie siê za tego spod dziewi±tki. Znowu nasika³ na ³ó¿ko. Panie Mirku, niech pan mu pomo¿e. Salowi odburknêli co¶ pod nosami i niechêtnie ruszyli w g³±b korytarza. - Biedny facet. Pomy¶la³a jeszcze i pobieg³a do pokoju pielêgniarek. - To twoja wina? Odezwa³ siê Wroñski nie odrywaj±c wzroku od ³awki za oknem przykrytej grubym kaftanem ¶niegu. Nikt mu nie odpowiedzia³. - To byli moi pacjenci! Powiedz, to TWOJA wina?! - Nie krzycz, jeszcze kto¶ pomy¶li, ¿e zwariowa³e¶. Odezwa³ siê Duch siadaj±c na ³ó¿ku twarz± do drzwi, a plecami do lekarza. - A nie zwariowa³em? Wroñski za¶mia³ siê gorzko. - Nie wiem. Z nas dwu, to ty jeste¶ lekarzem.
niedziela, 24 stycznia 2010
pi±tek, 22 stycznia 2010
Duch
Sala nie by³a du¿a. Kszta³tem przypomina³a literê L z nadmiernie opas³± podstaw±. Po lewej stronie od wej¶cia znajdowa³y siê drzwi do niewielkiej toalety. Naprzeciwko niej, w odleg³o¶ci metra, ³ó¿ko o stalowej konstrukcji z poprzecznie krzy¿uj±cymi siê sprê¿ynami umocowanymi do ramy. Najmniejszy ruch na twardym materacu powodowa³, ¿e jêcza³y jak potêpione dusze. Wstaj±c trzeba uwa¿aæ, by nie wpa¶æ na nastêpne ³ó¿ko, za którym, w tej samej odleg³o¶ci znajdowa³o siê trzecie – ostatnie w rzêdzie. Sta³o pod zakratowanym oknem, tu¿ ko³o wci¶niêtego w podokienn± wnêkê, rozgrzanego niemal do czerwono¶ci kaloryfera. Ogó³em w sali by³o piêæ ³ó¿ek. Pozosta³e dwa zajmowa³y przestrzeñ za toalet±. Wszystkie by³y zajête. ¦wiat³a pogaszono jak±¶ godzinê temu, zaraz po tym jak siostra w obstawie dwóch osi³ków roznios³a wieczorn± porcjê leków. Bia³e pastylki, rozdawane tylko w tej sali, mia³y wyciszyæ i u³atwiæ za¶niêcie. Klaudiuszowi dodatkowo zaaplikowano zastrzyk, nie wiedzia³ w czym ma mu pomóc. Le¿a³ tu¿ przy drzwiach wej¶ciowych, jako jedyny by³ przypiêty pasami. Ko³o po³udnia odzyska³ pe³n± sprawno¶æ umys³ow± i wzywaj±c pretorianów ruszy³ zneutralizowaæ zatruwaj±cych jego cia³o zamachowców. Nie uda³o siê. Kiedy sanitariusze przypinali go do ³ó¿ka, zanim naszprycowano go ¶rodkami uspokajaj±cymi, zd±¿y³ wykrzyczeæ zdrajcom prosto w twarz: - Jeszcze was dostanê ma³e, knuj±ce mróweczki! Potem zasn±³. Nie obudzi³ siê na obiad, kolacjê, ani w ogóle przed zgaszeniem ¶wiate³. Teraz spali wszyscy, przynajmniej tak wydawa³o siê Profesorowi, który trafi³ tu wczoraj zajmuj±c miejsce pod oknem nazwane przez pozosta³ych piek³em z powodu kaloryfera. Profesor zosta³ Profesorem od pierwszego spojrzenia. Starannie przystrzy¿ona bródka, okr±g³e, druciane oprawki okularów, po prostu nie mog³o byæ inaczej. W rzeczywisto¶ci Profesor by³ prawie doktorem. Dzi¶ pierwszy raz uda³o mu siê przechytrzyæ siostrê i nie po³kn±æ podanych leków, dziêki czemu nie spa³. Odwrócony twarz± do okna zastanawia³ siê nad swoim po³o¿eniem. Westchn±³ g³o¶no. - Nie ¶pisz? Us³ysza³ za plecami. Drgn±³ przestraszony. By³ pewien, ¿e pozostali ju¿ zasnêli. - Ja te¿ ich nie ³ykam – wyja¶ni³ s±siad - Mogê sobie pole¿eæ, nacieszyæ siê cisz±, zimow± noc± za oknem. Dawno nie by³em na spacerze. To przez to, ¿e próbowa³em uciec, co przecie¿ jest zupe³nie zrozumia³e w mojej sytuacji. Profesor poruszy³ siê zaciekawiony. Spójne, logiczne zdania wypowiadane ciep³ym, nieco nostalgicznym tonem nie pasowa³y do ogólnego obrazu wariata jaki w sobie nosi³. - A ty za co trafi³e¶ na Do³ek? - Co to do³ek? Zapyta³ Profesor. - Ta sala. Wszyscy tutaj co¶ przeskrobali. Klaudiusza, tego ko³o kibla, zd±¿y³e¶ ju¿ poznaæ. Widzia³e¶ na co go staæ. W rogu, pod ¶cian± le¿y KO-wiec. Strasznie rozrywkowy facet. Lepiej go nie wkurzaæ. A naprzeciwko ciebie Duch. Nikt nie wie sk±d siê wzi±³, ale jest tu od zawsze. Nie dostaje ¿adnych leków i nie odzywa siê. W ogóle. A ty? Przez chwilê Profesor zastanawia³ siê, czy odpowiedzieæ. W koñcu skapitulowa³. - Ugryz³em sanitariusza w ucho - wyzna³ ze wstydem. Nieznajomy gwizdn±³ cichutko przez zêby. - Trudna sztuka. A tak ogólnie, jak tu trafi³e¶? Profesor znowu zastanawi³ siê, czy odpowiedzieæ. Wreszcie uzna³, ¿e prêdzej czy pó¼niej i tak wszyscy siê dowiedz±. - Za temat pracy naukowej. - ? - Przenikanie siê ¶wiatów. Podtytu³ : Cywilizacja techniczna widziana oczami wró¿ek i krasnali. £ó¿ko s±siada zaskrzypia³o gwa³townie. - Powtórz. Za¿±da³ g³osem, który przywiodzi³ na my¶l ocieraj±ce siê o siebie lodowe kry. Profesor po¿a³owa³, ¿e w ogóle siê odezwa³. - Przenikanie siê ¶wiatów. Podtytu³ : Cywilizacja techniczna widziana oczami wró¿ek i krasnali – wyszepta³ przestraszony. - ¯arty sobie stroisz? Kto ciê nas³a³ szpiclu? S±siad dysza³. Teraz, kiedy jego kolano wgniata³o trzeszcz±ce niebezpiecznie ¿ebra w g³±b klatki piersiowej Profesora, a rozszerzone w¶ciek³o¶ci± oczy przyszpila³y go do ³ó¿ka zrozumia³, ¿e pope³ni³ b³±d w ocenie swojego rozmówcy. - Mów, kto ciê nas³a³! - niemal krzycza³ - Wywrda Sumiasty, czy Kostropatek Ryjeczmny? Nawet gdyby naukowiec chcia³ odpowiedzieæ, nie móg³by. Zaciskaj±ce siê na krtani palce napastnika skutecznie to uniemo¿liwia³y. - Daj spokój Profesorowi. Zadudni³o, a¿ zadzwoni³y szyby w oknie. - Powiedzia³em Kosza³ku, ¿eby¶ da³ spokój uczonemu. Zafurcza³ w powietrzu rozkaz rzucony tak ostrym tonem, ¿e nawet ob³±kane warzywo musia³oby zareagowaæ. Duch podniós³ siê ze swojego pos³ania.
Cdn.
sobota, 16 stycznia 2010
Krótka refleksja na temat ...............
Poza niewielkimi fragmentami dotycz±cymi mnie osobi¶cie nie rozumia³em nigdy ¶wiata. ¦wiata, który tworzy cz³owiek. Nigdy jednak nie straci³em wiary w ludzkie mo¿liwo¶ci - nadziei, ¿e cz³owiek brzmi dumnie - mimo tak wielu dowodów, ¿e jest wrêcz przeciwnie. Wiara to dziwna rzecz, nie opiera siê na dowodach, lecz na naiwnym przekonaniu o ……….. W miejsce kropek proszê wpisaæ co siê komu podoba. Nie czytujê filozofów( poza dwoma, których nazwisk nie wymieniê), dlatego wolno mi pojmowaæ ¿ycie w sposób naiwnie prosty i zadawaæ pytania podstawowe, te na które niechêtnie udzielamy odpowiedzi. W nosie mam patos i bana³, którym tr±c± sytuacje przeze mnie opisywane. Nie mam w nosie ¶mierci, która niweczy nasze wysi³ki wo³aj±c z ostatniej chwili g³osem pe³nym szyderstwa – Ju¿ za pó¼no na …………! I znowu w kropki ka¿dy musi wpisaæ, co mu le¿y na w±trobie. Przygl±daj±c siê moim znajomym, a czasem przyjacio³om, nie mogê oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e ¿ycie jest pasmem kropek, które do koñca pozostan± niewype³nione. I zataczaj±c ko³o - Nie rozumiem ¶wiata, który tworzy cz³owiek. A mo¿e nie rozumiem cz³owieka, który godzi siê, by tworzono ¶wiat go otaczaj±cy za niego?



czwartek, 14 stycznia 2010
Pogoda na jutro
Zamkniêty w dusznym, ciemnym pomieszczeniu traci³ oddech. Zadawa³o mu siê, ¿e ¶ciany, których w ciemno¶ci nie móg³ dostrzec napieraj± na niego ze wszystkich stron. Niemal czu³ jak rozgniataj± go o pod³ogê, s³ysza³ trzask pêkaj±cego mostka. Wizja przeszywaj±cych p³uca i serce ostrych drzazg po³amanych ¿eber odbiera³a ¶wiadomo¶æ. Przywar³ jeszcze mocniej do lepkiej od w³asnego potu pod³ogi. Nakry³ g³owê rêkoma, chocia¿ ba³ siê, ¿e d³onie napotkaj± mordercze zimno bezszelestnie opadaj±cego sufitu. Ten ruch pozwoli³ mu nabraæ powietrza przez wyschniête usta, ¶ci¶niêt± przera¿eniem krtañ do skurczonych panik± p³uc. Oddech by³ p³ytki. - AAAAAAAAAA! Us³ysza³ przera¼liwy, pe³en bólu krzyk. Oni ju¿ gin±. Ju¿ ich dopadli - pomy¶la³. Wrzask wibrowa³, pêcznia³ osi±gaj±c coraz wy¿sze rejestry. Wreszcie zamieni³ siê w d³awi±cy charkot, a¿ do niemo rozdziawionych ust. To ja krzyczê. - AAAAAAAAAA! Po niezno¶nie krótkim oddechu. - AAAAAAAAAA! Przyprawiaj±ce niemal o md³o¶ci. Gard³o piek³o. Zaniós³ siê kaszlem. Ostrym, wyrywaj±cym z delikatnej tkanki zakrwawione drobinki. Nagle by³o mu ju¿ wszystko jedno. Wsta³ nie napotykaj±c ¿adnej przeszkody. Chcia³ siê rozejrzeæ, ale w absolutnej czerni nie by³ w stanie zobaczyæ nawet w³asnych d³oni. S³aniaj±c siê na nogach ruszy³ przed siebie. Z pocz±tku powoli, jakby obawiaj±c siê, badaj±c przestrzeñ przed sob±. Nie by³ w stanie powiedzieæ jak d³ugo to trwa³o. Kiedy kaszel przeszed³ wyci±gn±³ rêce niczym dziesiêciopalczasty radar i przyspieszy³. Czy szed³ prosto? Jaki dystans przeszed³ od chwili, kiedy wsta³ i gdzie s± ¶ciany przygniataj±ce go tak niedawno do ziemi? Mo¿e to ta ciemno¶æ? Szed³ coraz szybciej, prawie ciesz±c siê z ryzyka, jakie podejmowa³. A je¿eli pod³oga zaraz siê skoñczy i spadnê? Prawie zatrzyma³a go ta my¶l. Je¿eli to sen, to upadek mnie obudzi. Zacz±³ biec w nadziei, ¿e niespodziewana przepa¶æ zakoñczy ten koszmar. By³ ju¿ pewien, ¿e to z³y sen. Zmusi³ siê do szybszego biegu. Szybciej. Jeszcze szybciej. Byle biec. Byle dobiec... Dok±d? Do ¿ycia, do ludzi… Do ludzi. - Halo! Zawo³a³ wymachuj±c rêkoma, których nikt nie móg³ dostrzec. - Halo! Powtórzy³ wo³anie przeci±gaj±c ostatni± samog³oskê jakby w nadziei, ¿e d³u¿szy d¼wiêk co¶ zmieni. - Halo… Wyszepta³ z pretensj±. Ciemno¶æ milcza³a. By³ sam. Sam w ciemno¶ci, ale czy by³? Przecie¿ nie móg³ zobaczyæ samego siebie. - Ja czujê! Zawo³a³ ze z³o¶ci± w czarn± przestrzeñ. Podskoczy³ chc±c udowodniæ ciê¿arem w³asne istnienie. Nic to nie da³o. - Ja jestem! Zawy³. Przysun±³ rêce do twarzy. Nie poczu³ ich ciep³a, nie zobaczy³ rozcapierzonych palców. W ogóle ich nie czu³. Chcia³ siê uderzyæ, nie wiedzia³ jednak jak zwin±æ w piê¶æ nieistniej±ce palce. Ju¿ mia³ zawo³aæ, ¿e mówi, ¿e ma g³os, ale co bêdzie, je¿eli siê nie us³yszy? Powoli gas³a w nim my¶l, ostatni przejaw i dowód istnienia. Czerñ nie zafalowa³a, nie zgêstnia³a, nie sta³o siê absolutnie nic. Ju¿ go nie by³o?
_______________________________________________________________
Kawa by³a niedobra, zbyt cierpka. Nawet s³odka bu³ka nie potrafi³a zrekompensowaæ jej smaku. Roz³o¿ona przed nim gazeta k³u³a w oczy wielk±, czarn± czcionk±: Absencje. Kto za tym stoi? Pod spodem ju¿ znacznie mniejszym drukiem: Jak donosz± nasi reporterzy, tajemnicze znikniêcia nie s± ju¿ spraw± marginaln±. Wczoraj do pracy nie zalogowa³o siê ponad æwieræ miliona urzêdników. Nieco lepiej ma siê bran¿a produkcyjna, gdzie odsetek niezapowiedzianych absencji, nie przekroczy³ 1%. Niestety powa¿ne braki w pionie biurowo-administracyjnym gro¿± ca³kowitym parali¿em… Przebieg³ wzrokiem resztê artyku³u zatrzymuj±c siê na slogamie wyró¿nionym t³ust± czcionk±: ¦wiat ciê potrzebuje! ¦wiat – pomy¶la³. Podszed³ do okna. Ulice i chodniki by³y puste. Nie dzia³o siê nic niezwyk³ego. Z gabinetu dobieg³ go d¼wiêk aktywuj±cego siê systemu. Spojrza³ na zegarek. Ósma. Sygna³ logowania wzywa³ do pracy. Nie poruszy³ siê. Otworzy³ okno i wychyli³ przez nie. - Halo! Zawo³a³ w pustkê. - Halo! Jest tam, kto?! Pustka milcza³a. Firanka w oknie naprzeciwko zafalowa³a po to, by po chwili znieruchomieæ. - Hej! Halo! Krzykn±³ w tamtym kierunku. Terminal piszcza³ coraz g³o¶niej domagaj±c siê uwagi. Zignorowa³ go. Firanka nie poruszy³a siê po raz drugi, ale mia³ wra¿enie, ¿e omiót³ j± cieñ czyjej¶ sylwetki. - Proszê siê nie chowaæ! Mo¿e mi siê tylko wydawa³o? Ze z³o¶ci± zatrzasn±³ okno. Od jak dawna obs³uguj± go automaty? Od kiedy nie rozmawia³ z ¿ywym cz³owiekiem? Wczoraj… Wczoraj rozmawia³em z ca³± mas± ludzi. Z szefem logistyki, z t± m³odziutk± asystentk±, z Jusufem… Zaraz, nie powinienem by³ rozmawiaæ z Jusufem, tylko z Radzdzim… Ach, Radzdzi gdzie¶ znikn±³. Komputer wy³ jak szalony. Czerwone ¶wiat³o z gabinetu liza³o pod³ogê w kuchni. Jeszcze chwila, a system uzna go za nieobecnego. I co z tego? Co mi zrobi± i kto? Przyjd± do mnie? Nigdy nie widzia³ siê ze swoim szefem twarz± w twarz, nawet o awansach dowiadywa³ siê ze zwyk³ej telekonferencji. Czerwieñ zaczê³a pulsowaæ, odbija³a siê od l¶ni±cej terakoty, wspina³a na biel ¶ciany. Sygna³ przywo³uj±cy osi±gn±³ natê¿enie i ostro¶æ laserowego no¿a. Ostatni moment – zako³ata³o w g³owie. Ruszy³ do gabinetu. Szara wyk³adzina, szara szafka na database, skórzany fotel, rozjarzone, kalecz±ce blaskiem okno terminala. Chwyci³ stoj±cy na blacie zabytkowy stojak na dokumenty i z ca³ych si³ rzuci³ nim w sam ¶rodek krwistej czerwieni. Okno przygas³o, zamieniaj±c siê w pajêczynê drobniutkich pêkniêæ. Przera¼liwy d¼wiêk wci±¿ jednak wwierca³ siê w uszy, ¶widrowa³ mózg. Z³apa³ obur±cz fotel. D¼wign±³ go z wysi³kiem w górê, coraz wy¿ej i wy¿ej, a¿ na wysoko¶æ g³owy. Zacz±³ siê ¶miaæ. Wk³adaj±c w to wszystkie si³y grzmotn±³ meblem w taflê biurka. Pêk³o wzd³u¿ niebieskiej linii oddzielaj±cej zwyk³± klawiaturê od numerycznej. Sygna³ zamilk³. Sta³ tak przez chwilê ³api±c oddech i podziwiaj±c swoje dzie³o. Tryumfalne – AAAAAAAAAAAA!!! – wyrwa³o siê z jego gard³a, odbi³o od d¼wiêkoszczelnych ¶cian i popêdzi³o w najodleglejsze zak±tki mieszkania. - AAAAAAAAAAA!!! Krzykn±³ raz jeszcze nad truch³em niedawnego prze¶ladowcy. Ruszy³ w stronê drzwi. Razem z powiewem wiatru przywar³a do niego lepka cisza. Strz±sn±³ j± z siebie równym rytmem kroków wybijanym obcasami butów. Grzmia³ ten rytm zwielokrotniony echem odbitym od g³adkich ¶cian bloków mieszkalnych. Okna wpatrywa³y siê w niego martwo. Bum, bum. Bum, bum. Bum, bum. Ten d¼wiêk dodawa³ mu odwagi, zastêpowa³ obni¿aj±cy siê z ka¿d± chwil± poziom adrenaliny. Nim dotar³ do g³ównej arterii wiedzia³ ju¿, ¿e jego celem bêdzie Plac Zgromadzeñ. Dlaczego? Nie wiedzia³. Nigdy tam nie by³, co wiêcej nie zna³ nikogo, kto kiedykolwiek by na nim by³. Zreszt±, po co mia³by tam kto¶ chodziæ? W mieszkaniu jest wszystko, czego tylko móg³by potrzebowaæ normalny, zdrowy cz³owiek. A czego potrzebuje ka¿dy normalny, zdrowy cz³owiek? Zakie³kowa³o w nim pytanie, które nie wiedzieæ czemu wprawi³o go w jeszcze wiêksz± z³o¶æ. Przy¶pieszy³. To by³ stanowczy, niewzruszony marsz niezadowolonego cz³owieka. Szed³ po co¶, co mu siê od zawsze nale¿a³o. Nie wiedzia³ có¿ to mo¿e byæ, ale by³ przekonany o tym, ¿e w³a¶nie tak jest. K±tem oka dostrzeg³ ruch na chodniku po drugiej stronie szerokiego na dwadzie¶cia metrów pasa zieleni. Mê¿czyzna w rozche³stanej koszuli spojrza³ wprost na niego, skin±³ g³ow±. Odpowiedzia³ tym samym gestem nie zatrzymuj±c siê. Bum, bubum. Bubum, bum. Kroki splot³y siê. Brzmia³y jak wystrza³y z pistoletu na starych filmach, jak bicz, który przecina suchymi trzaskami ciszê rani±c j± do krwi. O nie, to nie by³y zwyk³e kroki. By³y czym¶ wiêcej,
REWOLUCJ¡
Znów spojrza³ na mê¿czyznê po drugiej stronie. Tamten odpowiedzia³ drapie¿nym u¶miechem obna¿aj±c zêby, jakby czyta³ w jego my¶lach. Upojeni nieznanym dot±d uczuciem braterstwa nie zauwa¿yli, ¿e z przecznic do³±czaj± do nich nastêpni. Marsz zamieni³ siê w grzmi±cy pochód. Milcz±ca lawina buntu nie¶wiadoma swojej si³y. Wystarczy jednak, ¿e jest, ¿e ro¶nie, nabiera mocy. O tak, mo¿e wzbudzaæ strach. Zielony bufor miêdzy chodnikami topnia³. Dwa potoki ludzkich g³ów zbli¿a³y siê do siebie nieuchronnie, by w koñcu po³±czyæ siê p³ynnie, w jeden têtni±cy gniewem organizm. Szli szerok± na kilkana¶cie metrów ³aw±: kobiety i mê¿czy¼ni, starsi i m³odsi. Cel marszu by³ ju¿ w zasiêgu ich wzroku, na koñcu zwê¿aj±cej siê, betonowej wstêgi. Dystans topnia³ szybko. Kolumna wyd³u¿a³a siê i chud³a. Nie traci³a jednak pocz±tkowego impetu, mimo maluj±cego siê na twarzach zmêczenia. Mur okalaj±cy Plac Zgromadzeñ powita³ ich w±skim, nieprzyjaznym przej¶ciem i kontrastuj±cymi z nim pogodnymi hostessami. - Tak siê cieszymy, ¿e pañstwo przyszli. Mówi³y rozci±gniête w przyjaznym u¶miechu usta. - Zapraszamy. Proszê przechodziæ. Oznajmia³y pogodne, bezchmurne twarze. Zaskoczeni przystawali, chwiali siê w swoim buncie niechêtnie nikn±c w w±skiej szczelinie. T³um z ty³u jednak napiera³, popycha³ w przysz³o¶æ, która mia³a zmieniæ wszystko. Znów byli pojedynczy. Nie byli przygotowani na to, co zobaczyli. Nikt by nie by³. Jedno wej¶cie, jedno wyj¶cie majacz±ce gdzie¶ na koñcu przecinaj±cej plac drogi. Zatrzymywali siê bezwiednie, niedowierzaj±c oczom. Gigantyczna pu³apka otoczona murem nie do przebycia wype³niona by³a w znacznej czê¶ci pouk³adanymi obok siebie cia³ami. Miêdzy nimi porusza³y siê ubrane w bia³e kombinezony postaci. Nad placem, prócz gêstej, nieprzyjaznej ciszy unosi³ siê sterowiec. W nim zbiega³y siê tysi±ce cienkich nitek maj±cych swój pocz±tek w¶ród le¿±cych. - Przechodziæ dalej. Ubrani w szare drelichy funkcjonariusze byli prawie niewidoczni, popychali lekko sugeruj±c, by zrobiæ miejsce dla nadchodz±cych. Zesztywnia³e nagle nogi nie chcia³y siê poruszaæ, potykali siê o nie. Kto¶ cicho krzykn±³ i obracaj±c siê na piêcie zawróci³. Szybko¶æ i mistrzostwo, z jakim zosta³ wy³uskany z t³umu mog³a budziæ tylko podziw. Wreszcie ludzka rzeka wyczerpa³a siê. Rozbita na ma³e, nic nieznacz±ce, zab³±kane kropelki przesta³a mieæ znaczenie. Szklana tafla bezszelestnie przes³oni³a wej¶cie. Nie by³o odwrotu. Odprowadzano ich pojedynczo, w ciszy, oszo³omionych, z³amanych. Szok to broñ któr± ma³o kto docenia. Nie stawiali oporu. - Proszê to po³kn±æ Pada³o z ust cz³owieka w bia³ym kombinezonie, a d³oñ w bia³ej, lateksowej rêkawiczce podsuwa³a prze¼roczyst±, ¿elow± kapsu³kê. Kiedy ¶rodek zaczyna³ dzia³aæ ³agodny g³os podpowiada³: - Tu. Proszê siê po³o¿yæ tu. To nic, zaraz przejdzie. Wszystko odbywa³o siê szybko i sprawnie, lecz bez po¶piechu. - Nie jestem sam Zaprotestowa³ bezd¼wiêcznie, kiedy podano mu tabletkê. - Proszê to po³kn±æ. To minie. Czyje¶ rêce chwyci³y go za ramiona. Czyje¶ palce wt³oczy³y do ust pigu³kê. - Nie jestem sam Powiedzia³ s³abo. Zakrêci³o mu siê w g³owie. - Tu. Proszê siê po³o¿yæ tu. To nic, zaraz przejdzie. Nogi ugiê³y siê pod nim. Znowu czyje¶ rêce, tym razem podtrzyma³y go by nie upad³. Nikomu tutaj nie jest potrzebna krew z rozbitej g³owy. Nie jestem sam – pomy¶la³. Us³ysza³ jeszcze trzask podobny do trza¶niêcia drzwi, a potem po³knê³a go czerñ. Zamkniêty w dusznym, ciemnym pomieszczeniu traci³ oddech. Zadawa³o mu siê, ¿e ¶ciany, których w ciemno¶ci nie móg³ dostrzec napieraj± na niego ze wszystkich stron...
wtorek, 12 stycznia 2010
Who let the dogs out? - Ci±g dalszy
Nie wiedzia³a dlaczego siê ¶pieszy. Przecie¿ nie musia³a. Mia³a ca³e dwa dni zanim Tomek wyruszy z dziewczynkami na ferie. Powinna zwolniæ, tym bardziej, ¿e z pocz±tku do¶æ niemrawie posypuj±cy ¶nieg teraz wali³ z nieba ca³ymi hordami. Wycieraczki z mozo³em wspina³y siê po przedniej szybie tylko na moment j± oczyszczaj±c. Nim opad³y ciê¿ko w dó³, ju¿ do wilgotnego szk³a przywiera³y nastêpne. Zrobi³o siê niebezpiecznie. Wbrew rozs±dkowi doda³a gazu, a trzysta piêædziesi±t koni ukrytych w muskularnej bryle dwutonowego SUV-a pos³usznie przy¶pieszy³o. By³a pewna swojego samochodu: napêdu na cztery ko³a, mocy, doskona³ych hamulców i niezliczonej ilo¶ci poduszek powietrznych gotowych po¶pieszyæ na jej ratunek w u³amku sekundy. Wyprzedzanie ¶lamazarnych osobówek nie nastrêcza³o ¿adnych problemów. Dopiero opas³e, wlok±ce siê o¶ za osi± TIR-y stanowi³y wyzwanie na krêtej, dwupasmowej drodze. Mimo, ¿e góry mia³a ju¿ dawno za sob± wci±¿ zdarza³y siê wiêksze wzniesienie. Nie przeszkadza³oby jej to pêdziæ grubo ponad setkê, niestety musia³a zwalniaæ do marnej piêædziesi±tki przyklejona do tylnego zderzaka ciê¿arowca. Naciskaj±c gaz nie my¶la³a o podejmowanym ryzyku, tylko o ch³opaku, którego kiedy¶ po¶lubi³a, o pomy³ce, jak± pope³ni³a w jego ocenie. Do tej pory nie zaprz±ta³a sobie tym g³owy, tak by³o wygodniej, praktyczniej. Dzi¶ rano, siedz±c na walizce, przygl±daj±c siê sobie w lustrze dotar³o do niej, ¿e w³a¶nie to ich niszczy. D³ugo molestowa³a Tomka, by uwolni³ j± od dzieci podczas zimowych ferii. Wiedzia³a, ¿e sprawia mu k³opot, ale od tak dawna nie mia³a prawdziwego urlopu, bez telefonów, maili i ca³ego tego firmowego zgie³ku dopadaj±cego j± w ka¿dym zak±tku ¶wiata, ¿e by³a gotowa zrobiæ wszystko byleby tylko odetchn±æ. W koñcu uleg³, a ona odnios³a pierwsze zwyciêstwo nad nim od ¦wi±t Bo¿ego Narodzenia. By³a z siebie zadowolona. Widz±c dzisiaj swój pusty wzrok w lustrze zrozumia³a, ¿e wcale jej na tym nie zale¿y. Jednocze¶nie pamiêæ zafundowa³a prezentacjê szybko nastêpuj±cych po sobie obrazów. Wszystkie oskar¿y³y. Jak jeden m±¿ przedstawi³y obraz kobiety skupionej na sobie, bez pardonu wykorzystuj±cej sytuacjê i zale¿no¶ci, by osi±gn±æ cel, dotrzeæ na szczyt, z którego teraz rezygnowa³a. Kiedy w drzwiach stanê³a Mira, by zamkn±æ za ni± drzwi s³u¿bowego mieszkania zerwa³a siê z miejsca i wciskaj±c klucze w d³oñ by³ej pracownicy zawo³a³a po Polsku: - To moja wina! Zamiast le¿aka na opustosza³ej o tej porze roku algierskiej pla¿y zdecydowa³a siê jechaæ do domu. Chocia¿ trudno by³o jej w to uwierzyæ padaj±cy ¶nieg zgêstnia³. - Jestem tylko ¶lepa, czy po prostu g³upia? Wysapa³a ze z³o¶ci± wystrzeliwuj±c zza pleców dwudziestopiêciotonowego marudera. SUV na niskim biegu wy³, szybko wyprzedzaj±c TIR-a. By³a w trzech czwartych jego d³ugo¶ci, kiedy na szczycie wzniesienia pojawi³y siê ¶wiat³a samochodu nadje¿d¿aj±cego z naprzeciwka. Ewa wbi³a peda³ gazu w pod³ogê. Jej oczy pozosta³y ch³odne, mo¿e tylko zawsze obecna na ich dnie iskierka gniewu rozpali³a siê nieco mocniej, ale tak przecie¿ by³o od zawsze…
To by³ maj. Wszystko ¶piewa³o, gra³o, wo³aj±c przez okno do dziewczyny pochylonej nad podrêcznikami. Na chwilê podnios³a nieobecne oczy. Usta porusza³y siê niemo powtarzaj±c co¶ pamiêci. Po chwili g³owa znów zanurkowa³a miêdzy stronice szczelnie wype³nione cyframi. Wiedzia³a, ¿e nie nauczy siê ju¿ niczego wiêcej. Do matury pozosta³y raptem trzy dni, nie zawadzi jednak powtórzyæ tego i owego, tym bardziej, ¿e trafia siê spokojna chwila. Nim zd±¿y³a odwróciæ stronê, zamek w drzwiach wej¶ciowych zazgrzyta³ i do mieszkania wtoczy³ siê ³ysiej±cy mê¿czyzna z teczk±. Porzuci³ j± tu¿ przy drzwiach, post±pi³ kilka kroków, pochyli³ siê do przodu wyci±gaj±c rêce w stronê pod³ogi, zatoczy³ siê i run±³ jak d³ugi uderzaj±c g³ow± o parkiet. Przez jaki¶ czas le¿a³ nieruchomo, wreszcie gramol±c siê niezdarnie na czworaka zawo³a³: - Ewa. Dziewczyna, obejmuj±c ramionami kolana siedzia³a wpatruj±c siê w drzwi swojego pokoju. Rozszerzone strachem ¼renice czeka³y, a¿ ojciec podniesie siê z ziemi i wtoczy do pokoju. Przez chwilê walczy³a z my¶l± o zatarasowaniu ich wersalk±, któr± wystarczy³o przesun±æ o pó³tora metra, by uczyniæ z tego miejsca twierdzê nie do zdobycia. Z pewno¶ci± uczyni³aby to, gdyby nie wspomniany strach. Pojawi³ siê z g³uchym ³oskotem upuszczanej w progu teczki. Nie rozrasta³ siê, od razu pochwyci³ j± w kleszcze wyciskaj±c drobne kropelki lodowatego potu sp³ywaj±ce wzd³u¿ krêgos³upa, wyp³ywaj±ce spod grzywki na zmarszczone czo³o. Nie mog³a siê poruszyæ. - Ewa!!! Pijacki wrzask wyrwa³ j± z odrêtwienia. Nogi opad³y na ziemiê. D³onie trzês³y siê. Wiedziona niewyt³umaczalnym przymusem wsta³a z miejsca ruszaj±c w stronê przedpokoju. Ojciec na czworakach chwia³ siê z lewa na prawo. - Chciaem… roswi±saæ… buty. Wysapa³, umordowany walk± z niepos³usznym cia³em. - Chdzie do cholery bya¶?! Pochyli³a siê nad nim, bez s³owa chwyci³a za ³okieæ prawej rêki i ci±gn±c z ca³ych si³ pomog³a mu wstaæ. ¦mierdzia³ wódk±, smarem, papierosami. W du¿ym pokoju, znajduj±cym siê naprzeciwko jej klitki, sta³a du¿a kanapa, tam go zaprowadzi³a. Przez chwilê mierzyli siê wzrokiem. Byæ mo¿e zobaczy³ w oczach córki co¶ wiêcej ni¿ by³o w rzeczywisto¶ci, do¶æ, ¿e bez s³owa, wymierzy³ jej cios zaci¶niêt± piê¶ci± w twarz. Uderzenie rzuci³o j± na szafkê stoj±c± przy drzwiach. Szyba w witrynce z brzêkiem rozprys³a siê na drobne kawa³ki. Jeden z nich przedar³ siê przez rêkaw cienkiej, bawe³nianej bluzki i rozci±³ skórê na przedramieniu. Drugi utkwi³ gdzie¶ miêdzy gêstymi w³osami na g³owie. Osunê³a siê na ziemiê. Przygl±da³a siê wci±¿ stoj±cemu ojcu, a razem z krwi± sp³ywaj±c± po czole wycieka³ z jej oczu jakikolwiek przejaw emocji. Wreszcie mê¿czyzna opad³ bez³adnie na kanapê. Wybe³kota³ co¶ jeszcze i zasn±³. Chwilê pó¼niej ¶wiat wyda³ siê Ewie pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Opu¶ci³o j± ostatnie dobre wspomnienie, a oczy umar³y. Zemdla³a.
…Kiedy masywne Audi odbija³o siê od asfaltu kozio³kuj±c wci±¿ by³a przytomna. ¦wiat wirowa³, a ona nie widzia³a niczego, prócz wszechobecnej bieli poduszek powietrznych wystrzelonych podczas uderzenia. Mia³a nadziejê prze¶lizn±æ siê w±skim poboczem miêdzy nadje¿d¿aj±cym Oplem Astr±, a skarp± po lewej stronie drogi. Nie uda³o siê. Zbyt gwa³townie skrêci³a kierownic± i auto zamiast otrzeæ siê tylko o ska³y wystaj±ce spod ¶niegu, uderzy³o w nie. Ty³ SUV-a poszybowa³ do góry ci±gn±c za sob± resztê ¿elastwa, z ni± w ¶rodku. Ca³o¶æ runê³a kilka metrów dalej, by natychmiast zacz±æ kozio³kowaæ. Od³amki szk³a, plastiku i metalu znaczy³y drogê a¿ do znieruchomienia luksusowego wraku. Dooko³a wci±¿ by³o s³ychaæ pisk hamuj±cych awaryjnie aut zmieszany z chrzêstem zablokowanych kó³ TIR-a. Nie widzia³a tego, nie s³ysza³a. Przez rozdarty kolumn± kierownicy brzuch wylewa³o siê z niej ¿ycie. Trudno powiedzieæ co zawiod³o i dlaczego nie uleg³a z³o¿eniu, chocia¿ w³a¶nie to obiecywa³ producent. Nim umar³a, zd±¿y³a jeszcze pomy¶leæ o tym, jak bardzo ¿al jej córek i tego, ¿e nie zd±¿y porozmawiaæ z mê¿em, wyt³umaczyæ, przeprosiæ. Mo¿e naprawiæ? Oczy rozb³ys³y na milisekundê. Kocham go. Pomy¶la³a z ulg±. Westchnienie, które towarzyszy³o wyznaniu by³o jej ostatnim. Tak zakoñczy³o siê ich ma³¿eñstwo.
|