Kategorie: Wszystkie | Bajki na dobranoc | Brzysko | Rymnie | S³owa | Wsteczny | Wstêp
RSS
wtorek, 17 listopada 2009
Kosa nostra

Henio nie by³ m³odzieniaszkiem, ale wci±¿ mieszka³ z rodzicami. Nie to, ¿e chcia³, nie mia³ innej opcji. Wola³ znosiæ awantury ni¿ sypiaæ pod ¶mietnikiem. Chocia¿ ostatnimi czasy stare próchna ba³y siê w ogóle odzywaæ. Zmieni³o siê, oj zmieni³o. Henio zaczyna³ byæ kim¶, wszystko dziêki £ysemu.
 £ysy otworzy³ swoj± pizzeriê dwa lata temu na wiosnê. ¯arcie serwowa³ pod³e, ale przecie¿ nie dla jedzenia powsta³ lokal na dwudziestu metrach kwadratowych. £ysy musia³ jako¶ praæ swoje pieni±dze. Szef kwarta³u musia³ mieæ te¿ miejsce, gdzie mo¿e spotkaæ siê z innymi szefami. A gdzie gromadz± siê szychy, tam zawsze co¶ ze sto³u na glebê spadnie. Henio nie mia³ oporów przed schylaniem siê, trenowa³ tê sztukê od szczeniaka. Najpierw na cukierki, a potem:
- Mistrzu! Halo, mistrzu! Zabrak³o nam piêædziesi±t groszy do winka. Poratuj.
Ratowali, co mieli nie ratowaæ. Na tych piêædziesiêciogroszówkach, Henio, zbudowa³ swoj± reputacjê go¶cia, który ustuka zawsze, kumple szanowali go za to. Z pocz±tku nagabywa³ wszystkich, szybko jednak zorientowa³ siê, ¿e zrozumienie dla napuchniêtej twarzy i delirki znajdzie tylko u skacowanych frajerów. 
Dobiega³ trzydziestki, kiedy w domu zaczê³y siê k³ótnie. Noc w noc jazgotanie matki, dzieñ w dzieñ ryk ojca. Star± nie trudno by³o omin±æ, wystarczy³o przyj¶æ po pó³nocy. Ze starym by³o gorzej, potrafi³ zwlec go z wyra nim wyszed³ do roboty. Na szczê¶cie zawa³ trochê go uspokoi³ i przez jaki¶ czas na kwadracie by³ spokój.
Zabrzmi to ¶miesznie, ale pierwszy skok Henia mia³ miejsce w rodzinnej kuchni. Zdziwi³ siê, jak ³atwo by³o sforsowaæ k³ódkê na lodówce, a skoro to nie jest a¿ taki problem, dlaczego nie robiæ tego na wiêksz± skalê? Od tej chwili Henio przesta³ ¿ebraæ pod sklepem. Pasera na ukradzione z cudzych piwnic rzeczy znalaz³ szybko, szybciej ni¿ wspólnika. Wszystko z chciwo¶ci. Dopiero kiedy o ma³y w³os nie nakryto go, postanowi³ wej¶æ z kim¶ w spó³kê. Akurat, po piêtnastu latach, wyszed³ z pud³a Dziadek. Dziadek by³ takim samym menelem jak on, z t± ró¿nic±, ¿e lubi³ rozróby. Za jedn± z nich zakoñczon± zej¶ciem Dziadek trafi³ za kraty. Pech Henia polega³ na tym, ¿e Dziadek przesta³ piæ w wiê¼niu, zacz±³ siê szanowaæ, dlatego nie pasowa³a mu rola drugiego. Rozkrêci³ piwniczny interes, zatrudni³ gówniarzy, a Henia razem z jego delirk± wykopa³ na pysk, który czê¶ciej i d³u¿ej wystawa³ teraz przed sklepem.
- Mistrzu! Mistrzu! Z³otóweczkê.
Chrypia³ dzieñ w dzieñ, od rana do wieczora.
Takim go znalaz³ £ysy. Podjecha³ swoim lexusem, ¿eby obejrzeæ lokal po starej kwiaciarni, tu¿ przy spo¿ywczaku.
- A ode mnie zeta nie chcesz?
Zagadn±³ nieogolonego brudasa.
- Szefie, a kto ja jestem, ¿ebym mia³ drêczyæ uczciwego cz³owieka.
Zaskrzecza³ Henio. £ysy nic nie powiedzia³, wyj±³ notes, napisa³ co¶ na karteczce i poda³ trzês±cemu siê ochlapusowi.
- ¦migaj pod adres. Przeka¿ i wracaj. Osoba rozumie?
Henio wiedzia³ z kim ma do czynienia. Chwyci³ papier i popêdzi³ jak wiatr. Dosta³ za to dwadzie¶cia z³otych i robotê od¼wiernego-goñca, przy nowopowsta³ej pizzeri. W swoim w³asnym mniemaniu k³aniaj±c siê w pas odwiedzaj±cym lokal gangsterom, sta³ siê kim¶ wa¿nym. Wa¿niejszym nawet od Dziadka z gromad± jego smarkaczy. ¦wiat Henia zacz±³ siê uk³adaæ. W¶ród swoich kompanów faktycznie awansowa³ na najwa¿niejszego, w osiedlowej hierarchii pijaczków. Nie by³ ju¿ ¶mieciem i byle kim. Wracaj±c pó¼nym wieczorem do domu z weso³o pobrzêkuj±c± siatk± pozwala³ sobie na pijacki ¶piew i bluzgi, których nie szczêdzi³ nikomu.

                          *         *         *

Janusz doskonale zapamiêta³ tamten nocny spacer sprzed ponad roku i pijaczka, którego zmusi³ wykrêceniem rêki do przeproszenia Ba¶ki. Pop³aka³a siê wtedy, a jemu z wysi³ku zatañczy³y przed oczami czerwone plamy. Nie by³ w formie i ca³a ta rozróba by³a szaleñstwem, na które nie powinien sobie pozwoliæ. Ledwo docz³apa³ siê do domu, a Ba¶ka widz±c jak dr¿y z wysi³ku rozrycza³a siê jeszcze bardziej.
Janusz zna³ z widzenia tego ochlapusa. Widywa³ go codziennie, pod sklepem. Nie lubi³ tam chodziæ, zbyt ³atwo mo¿na by³o nadziaæ siê na wysiadaj±cych ze swoich wypielêgnowanych samochodów podejrzanych typów. Znikali za drzwiami przyklejonej do sklepu mini pizzerii, a pozostawiona na zewn±trz dresowa obstawa zabawia³a siê robieniem durnia z niechlujnego pijaczka us³u¿nie otwieraj±cego drzwi lokalu. Tak by³o jeszcze jaki¶ czas temu, teraz ¿a³osny od¼wierny sam paradowa³ w nowiutkim dresie i chocia¿ wcale nie by³ trze¼wiejszy, to jednak inny. Przez te wszystkie miesi±ce zdawa³ siê Janusza nie pamiêtaæ, a mo¿e nie chcia³ pamiêtaæ upokorzenia, którego dane mu by³o wtedy zasmakowaæ?
Janusz rozpozna³ go z daleka mimo nocy. Szed³ w towarzystwie kilku mu podobnych i nie tyle g³o¶no rozmawiali, co darli siê na siebie. Pijaczek te¿ musia³ go dostrzec, bo wyci±gn±³ przed siebie rêkê i wskaza³ na niego. Janusz odruchowo ¶ci±gn±³ smycz psu, jeszcze mia³ czas, móg³ przej¶æ przez ulicê, ale tego nie zrobi³. Nie znosi³ strachu i nie ba³ siê, chocia¿ bardziej przypomina³ w swojej odwadze g³upca ni¿ cz³owieka roztropnego. Pies zawarcza³, kiedy rozkrzyczana kurwami grupka zbli¿y³a siê.
- Cicho chuju!
Wychrypia³ pijaczek, a ca³a banda zarechota³a. W Januszu zawrza³o i sta³o siê to, co staæ siê musia³o.
- A mo¿e tak grzeczniej? Pies te¿ stworzenie Bo¿e.
Zdziwi³ siê, ¿e powiedzia³ to tak g³o¶no i wyra¼nie, chocia¿ w nim samym kipia³ gniew, a rêce trzês³y siê, musia³ ¶cisn±æ mocniej smycz ¿eby to ukryæ.
- Ja ciê znam. Te¿ chuj jeste¶.
Tym razem nikt siê nie roze¶mia³. Obstawa wpatrywa³a siê w Janusza uwa¿nie.
- Jestem, nie dasz rady prze³kn±æ.
- Henio, facet siê prosi. Wpierdolmy mu. Bêdzie weso³o.
Odezwa³ siê ostrzy¿ony na je¿yka bandzior z wytatuowanymi gwiazdkami na twarzy.
- To bêdzie rze¼ nie rozrywka, chyba ¿e chcecie mnie zlaæ w jego zastêpstwie.
Odpowiedzia³ Janusz zdaj±c sobie sprawê, ¿e je¿eli rzuc± siê na niego wszyscy, to nie wygra i mo¿e skoñczyæ w foliowym worku, a tylko bandycki honor mo¿e go uratowaæ. Henio ruszy³ na niego bez ostrze¿enia, trafiaj±c otwart± d³oni± w usta.
Dlaczego nie zacisn±³ jej w piê¶æ? Zdoby³by przewagê - przemknê³o przez my¶l Januszowi.
 Odrzuci³ daleko smycz, która poci±gnê³a za sob± ujadaj±cego psa. Napastnik zas³oni³ siê my¶l±c, ¿e ci¶nie ni± w niego. Zmarnowa³ na to masê czasu. Prawy sierp trafi³ go w d³oñ, któr± zas³oni³ policzek. G³owa podskoczy³a pijaczkowi ¶miesznie. Drugi, niezbyt mocny lewy prosty w nasadê nosa cofn±³ go o dwa kroki w ramiona kolegów. Janusz ju¿ wiedzia³, ¿e napastnik nie ma z nim szans. Widzia³ jego krew i nieprzytomne, przez chwilê, spojrzenie.
- Zabijê ciê, kurwa!!!
Zawy³ Henio i pchniêty przez kompanów natar³ z impetem.  Janusz odruchowo cofn±³ siê o krok i to prawdopodobnie uratowa³o mu ¿ycie. Henio bowiem potkn±³ siê i piê¶æ ugodzi³a Janusza w udo. Ból by³ okropny, niewspó³mierny do tego, czego siê spodziewa³. Wycisn±³ mu powietrze z p³uc, eksplodowa³ pod czaszk± srebrnymi rozb³yskami, zamgli³ wzrok. Z w¶ciek³o¶ci± uniós³ wysoko rêce i wk³adaj±c w to ca³± swoj± si³ê opu¶ci³ je na cieñ wsparty o jego kolana. Trafi³. Henio jêkn±³ g³ucho, a potem osun±³ siê na ziemiê. Nikt nie poruszy³ siê. Janusz klapn±³ na chodnik. Krzykn±³, kiedy ból sprowokowany ruchem zaatakowa³ ponownie. Nó¿ stercz±cy z uda wyda³ mu siê równie rzeczywisty, co Ufo l±duj±ce na skwerze po¶rodku miasta. Spojrza³ w górê na stoj±cych nad nim bandziorów.
- Bêdziecie mnie dobijaæ, czy mogê zadzwoniæ na pogotowie?
Wysycza³ przez zaci¶niête zêby.
- Spierdalamy Dziadek.
Odezwa³ siê który¶.
- Jo, spierdalamy, trzeba tylko…
Wytatuowany, przystrzy¿ony na krótko garus zawiesi³ g³os, przyklêkn±³ ko³o Janusza. ¦mierdzia³ wódk± i papierosami. Dokoñczy³ zdanie patrz±c rannemu prosto w oczy.
- …zabraæ ze sob± nó¿.
Przy s³owie „nó¿” szybkim ruchem wyrwa³ go z rany. Janusz znowu krzykn±³, a oni podnie¶li z ziemi Henia i odeszli. Po chwili dobieg³ go ich ¶miech, to wci±¿ bezw³adny Henio wymskn±³ im siê z r±k i gruchn±³ o ziemiê. Ma³o go to obesz³o, zakrwawionymi, trzês±cymi siê d³oñmi wyj±³ z kieszeni telefon. Pies podbieg³ do niego chrzêszcz±c ci±gniêt± za sob± smycz±, popiskiwa³.
- Cicho g³upku. Wszystko bêdzie dobrze.
Wysapa³ jak naj³agodniej z trudem dobywaj±c g³osu.
Pierwsze po³±czenia nie by³o wbrew pozorom z pogotowiem, wpierw musia³ zatroszczyæ siê o zwierzê. Kiedy ju¿ to zrobi³, wybra³ numer pogotowia, potem zdj±³ pasek i zacisn±³ go tu¿ nad ran±. Bola³o jak jasna cholera, o ma³o nie straci³ przytomno¶ci, ale uda³o siê.
- G³upi jestem Brutus. G³upi jak but.
Po³o¿y³ siê na mokrym chodniku, pies liza³ go po twarzy.


CDN

17:50, tercybiades , S³owa
Link Komentarze (11) »
niedziela, 15 listopada 2009
Nowe

Nowe jest tu, na Wyrypie.

00:42, tercybiades , S³owa
Link Komentarze (11) »
niedziela, 08 listopada 2009
Manowce

- Wierzysz w to wszystko?
Le¿a³a z brod± wspart± o jego tors. U¶miecha³a siê.
- Powiedz. Proszê.
- Nie jeste¶ ¶pi±ca?
Odpowiedzia³ pytaniem. Tak jak teraz by³o dobrze: jej ciep³o, ogarniaj±ca go powoli senno¶æ i szum morza przesi±kaj±cy przez okna. Niewiele brakowa³o do tego, by nazwaæ chwilê szczê¶liw±.
- Nie uciekaj.
Szept mia³a miêkki, ciep³y.
- Nie uciekam. Nie wiem tylko o co pytasz.
Zaprzeczy³ z progu, za którym rozpoczyna³ siê sen.
- Pytam siê czy w nas wierzysz?
Senno¶æ pierzch³a. Otworzy³ oczy.
- O! Uda³o mi siê.
Roze¶mia³a siê w g³os.
- Co ci siê uda³o?
- Zawróciæ ciê.
- By³o mi dobrze. Zaczyna³o mieszkaæ we mnie ciep³o. Zasypia³em. Czu³em twój g³os…
Zamilk³ na moment zdaj±c sobie sprawê, ¿e mimowolnie zaczyna mówiæ wierszem. Odchrz±kn±³.
- Mogli¶my tak zasn±æ. Czy jest ci ze mn± ¼le?
Zaprzeczy³a ruchem g³owy.
- To dlaczego pytasz siê o co¶ takiego?
Przylgnê³a do niego ca³± sob±. Zamknê³a oczy. Skojarzy³o mu siê to z zaci¶niêciem kciuków na szczê¶cie.
- Chcia³abym, ¿eby¶ mnie ok³ama³…
- Tak?
Wspiê³a siê po nim, poca³owa³a lekko w usta. Potem nachyli³a nad jego uchem.
- Kocham ciê.
By³o to najbardziej przera¿one „kocham ciê”, jakie zdarzy³o mu siê w ¿yciu us³yszeæ. Przestraszy³o go to, nie potrafi³by tak sk³amaæ. A mo¿e bardziej przestraszy³ siê tego, ¿e te dwa s³owa wcale nie by³y k³amstwem?
- Ale masz minê!
¦mia³a siê. Brodê na powrót wbi³a w jego pier¶. Tym razem go to zabola³o.
- Muszê siê napiæ. Pu¶æ mnie.
Uciek³ od niej. W pokoju by³o zimno. Za oknem mg³a nie pozwala³a dostrzec morza. W hotelowej lodówce panoszy³ siê tonik. Nienawidzi toniku.
- Na stole.
Podpowiedzia³a chowaj±c g³owê pod ko³dr±. Chwyci³ butelkê i nie otwieraj±c jej wróci³ do ³ó¿ka.
- To jak to by³o z t±, przy której nie musia³e¶ k³amaæ?
- Nie uwierzy³a mi.
Prawie us³ysza³ jej ¶miech, tak by³ go pewien, ona jednak milcza³a. Nie odezwa³a siê tej nocy ju¿ ani razu. Zasnêli zreszt± nied³ugo potem. Zanim tak siê sta³o zd±¿y³ j± ok³amaæ, tak jak tego chcia³a. Sk³ama³ z nadziej±, ¿e k³amstwo wypowiedziane na g³os stanie siê prawd± i zasn± szczê¶liwi.

18:10, tercybiades , S³owa
Link Komentarze (11) »
czwartek, 05 listopada 2009
Rozbiegówka

ber³o w³adzy Noga na nogê i… I co?
I „Dzieñ ¦wira”. Stó³ pusty, ksi±¿ki na pó³ce, komputer w kuchni, a ja na sofie w salonie. Co zrobiæ? Wstaæ ¿eby potem znowu usi±¶æ? O nie. Niedoczekanie! Mam wolne i wolno mi robiæ wszystko wolno, a zw³aszcza: powoli i z namys³em wypoczywaæ. Skoro ju¿ usiad³em to siê rozejrzê.
Dawno nie widzia³em swojego pokoju w blasku dnia wpadaj±cego przez moje w³asne, prywatne okno. Cudze pokoje i biura, owszem ogl±da³em, niejednokrotnie od wewn±trz, ale dosyæ z tym. Basta!
To, co ja mia³em? Acha - rozejrzeæ siê. Stó³. Nie, wróæ. Stolik. Czerwony. Na stoliku pilot, nie czerwony, czarniawy. B³yszczy. Jak ³adnie. I te guziczki takie tycie. O! Mrugn±³ do mnie. Ca³y czas mruga, ale fajnie. Mam w domu mrugaj±cego pilota. A jak jest pilot to i reszta do niego te¿ gdzie¶ tu musi wisieæ.
- Chod¼ tu do mnie, maleñstwo.
Kurde. Nie siêgam. Nogi po³o¿y³em po „amerykañcku” i rêkê mam za krótk±. Usi±¶æ inaczej? Z nogami na stole jest wygodnie… Mimo wszystko usi±dê inaczej.
Jaki g³adki. Trochê ¶liski, ale nie jak myd³o, bardziej jak lastryko, wypolerowane i ch³odne. Wiem! Onyks, a nie ¿adne lastryko.
Uuu, te guziczki faktycznie kusz±ce nie tylko z daleka. Przycisnê.
- … jakie rz±d bêdzie dzia³ania podejmowa³ aby zwiêkszyæ ilo¶æ osób zaszczepionych…
Fuj, polityka. Prze³±czyæ, wy³±czyæ? Prze³±czyæ.
- Justyna nie zostawiaj mnie z tym!
- Daj mi wreszcie ¶wiêty spokój i b±d¼ mê¿czyzn±.
- Pójdê do Tracza…
Nic nie rozumiem. Ona i on krzycz± do siebie przez zamkniête drzwi. Jakby otworzyli nie musieliby krzyczeæ i chodziæ do Tracza. Z czym siê rymuje - Tracza? Guziczek.
- Wandzia co¶ mi przez internet strzyka, jak przelew robiê.
Staruszka autentyczna, dialog ¿ywy, zabawny, tylko film trwa³ trzydzie¶ci sekund. Piêæ ostatnich zajê³o logo sponsora.
Co z tego, ¿e pilot ¶liczny i guziczki urocze, jak ca³a reszta przypomina nieudany seks. Nie ma rady trzeba wstaæ. Gdzie pój¶æ? Pó³ka, czy kuchnia?


Uwaga! To nie jest opowie¶æ interaktywna.

16:24, tercybiades , S³owa
Link Komentarze (13) »
¶roda, 04 listopada 2009
...

siostra wiatru






obstawa





razem


19:11, tercybiades
Link Komentarze (18) »
poniedzia³ek, 02 listopada 2009
Toczko (Zaduszki)

Pani Marta zapuka³a do drzwi wynajmowanej przeze mnie kawalerki pod koniec listopada 90 roku. By³o ciemno, zimno, mokro, po prostu paskudnie, pogoda w sam raz na spotkanie z dziewczyn±. Dlaczego ten wieczór spêdza³em sam nie z ni± - dziewczyn±, nie pamiêtam, tak jak nie pamiêtam jej imienia, za to j± sam± owszem. Wysoka (wy¿sza ode mnie), szczup³a, z dumnie stercz±cymi piersiami, wciêt±, jak u osy tali±, kr±g³ymi biodrami i d³ugimi, zgrabnymi nogami. Kiedy by³a naga zas³ania³a siê w³osami niczym przykrótk±, bo siêgaj±c± tylko do pêpka, koszulk± i spogl±da³a zadziornie, zielono. Te oczy... Dziêkowa³em wszystkim ¶wiêtym, ¿e nie mam wspó³lokatora. Tamtego wieczoru jednak nie przysz³a, zamiast niej pojawi³o siê natarczywe pukanie anonsuj±ce matkê Toczki (tak na niego mówi³em). Nie widzieli¶my siê z nim od sierpniowego poranka w Ruskim - nad Sanem. Stwierdzi³ wtedy, ¿e zostaje, mnie gna³o z powrotem. Gna³o mnie nie do domu, lecz do Gdyni, do przyjació³, teatru, muzyki, do ¿ycia w stadzie.  
Pani Marta przysz³a prosiæ o pomoc. Toczko wróci³ dwa tygodnie temu, odarty z siebie (cokolwiek mia³oby to znaczyæ), z gor±czkowo rozbieganymi oczyma.
- … Zamkn±³ siê w pokoju. Prawie nie je. Czê¶ciej be³kocze ni¿ mówi. Tomku, ty musisz co¶ zrobiæ, ty go tam zawioz³e¶.
Tak, zawioz³em go i zostawi³em. S³abego, szukaj±cego wiatru w polu, podczas kiedy ja, sobie, wydawa³em siê ju¿ doros³y i ukszta³towany.
Pani Marta siedzia³a przemoczona zimnym deszczem na wynajêtym fotelu, w wynajêtym mieszkaniu u wynajêtego na kilka chwil kolegi i p³aka³a nie daj±c mi tymi ³zami ¿adnej szansy na wykrêcenie siê od odpowiedzialno¶ci. Przesi±ka³em matczyn± rozpacz± nad marniej±cym synem, nie mog³em z ni± nie pój¶æ.
Toczko mieszka³ niedaleko, dwa przystanki trolejbusem i kilka minut pieszej wêdrówki labiryntem chodników krzy¿uj±cych siê miêdzy czteropiêtrowymi budynkami. Wia³ wiatr. Listopadowy deszcz k±sa³ przez spodnie, przebija³ siê przez kurtkê, k³u³ w twarz. Niewiele dawa³o pochylenie g³owy, wtedy w³osy szarpane gwa³towniejszymi prywami smaga³y po oczach, tak jakbym kara³ siê zawczasu za to, co mia³em ujrzeæ w mieszkaniu na pierwszym piêtrze spó³dzielczego bloku.
W pierwszej chwili nie pozna³em go. Ogolony na ³yso, pozbawiony brwi z zapadniêtymi policzkami i podkr±¿onymi oczami, bardziej przypomina³ o¿ywionego nadprzyrodzon± moc± manekina ni¿ cz³owieka. Kiedy mnie zobaczy³ roze¶mia³ siê dziko, nieludzko, potem po³o¿y³ w rozgrzebanej, brudnej po¶cieli plecami do ¶wiata. Scena wyda³a mi siê tak surrealistyczna, ¿e zw±tpi³em w jej prawdziwo¶æ. Z tego wra¿enia wyrwa³ mnie smród. Domy¶li³em siê, ¿e nie my³ i nie przebiera³ siê od dawna. Móg³bym przysi±c, ¿e butów, które mia³ na nogach tak¿e nie zdj±³ ani razu od przyjazdu. I co ja mia³em z tym zrobiæ? Co mia³em poradziæ na palmê, która niew±tpliwie Toczkowi odbi³a? 
- Nie mogê na to patrzeæ…
Wyszepta³a zza moich pleców Pani Marta.
- Niech nam Pani zrobi dzbanek kawy i przyniesie ¶wie¿± po¶ciel.
Zakomenderowa³em, tylko po to ¿eby pozbyæ siê jej i ewentualnej awantury. Zamkn±³em drzwi od pokoju, otworzy³em okno. ¦mierdzia³o jakby la³ w wyro zamiast i¶æ do toalety.
- Wstawaj!
Hukn±³em. Ma³o go to obesz³o. Stan±³em nad skulonym cia³em i chwyciwszy je pod pachy wytarga³em z po¶cieli. Nie opiera³ siê, ale i nie pomaga³. Wiotki niczym leszczynowa ga³±zka gi±³ siê jakby by³ pozbawiony ko¶ci. Nie¼le siê zasapa³em nim usadowi³em go na starodawnym krze¶le z giêtym oparciem, tu¿ ko³o okna. Przez chwilê wydawa³o mi siê, ¿e spod przymru¿onych powiek zerkaj± na mnie oczy pozbawione têczówki.
- Kawa.
Pani Marta postawi³a wype³niony po brzegi paruj±cym p³ynem dzbanek na stole i znik³a, tylko na chwilê potrzebn± by chwyciæ przygotowan± zawczasu ¶wie¿± po¶ciel.
- Ja przebiorê.
Odebra³em od niej sztywne, wykrochmalone poszwy, zrobi³em krok do przodu, a ona niepewnie zadrepta³a w miejscu.
- Poradzimy sobie. Potem przyjdê do Pani.
- Czym tak siê nawali³e¶?
Spyta³em Toczka, kiedy drzwi za jego matk± zamknê³y siê.
- Gdzie ty to chowasz?
Nie odpowiedzia³. Zwisa³ niechlujnie z porêczy krzes³a, niby obecny, niby ¿ywy, niby trup.
Sk³adzik znalaz³em pod poduszk±, wci¶niêty razem z prze¶cierad³em w szczelinê materaca. By³y w nim tabletki ró¿nej wielko¶ci i kolorów, parê gotowych skrêtów i woreczki z sam± gandzi±. Pozby³em siê tego w toalecie. Chcia³ mnie pó¼niej za to pobiæ, a mo¿e zabiæ?
Kiedy ³ó¿ko by³o gotowe, umyli¶my go, ubrali¶my w pid¿amê i na powrót po³o¿yli¶my. Pani Marta p³aka³a, a we mnie nie by³o nic, ani wspó³czucia, ani strachu, nawet sumienie zamilk³o udaj±c, ¿e go chwilowo we mnie nie ma.
Dy¿urowali¶my przy nim na zmianê przez dwa tygodnie. Na szczê¶cie dla niego nie zd±¿y³ daæ sobie w ¿y³ê podczas tych trzech miesiêcy. Na szczê¶cie dla mnie poradzi³ sobie wtedy z tym. Nigdy nie da³ sobie rady ze sob±. Powiesi³ siê sze¶æ lat temu.

20:20, tercybiades , Wsteczny
Link Komentarze (5) »
poniedzia³ek, 26 pa¼dziernika 2009
Cisza nocna

noc


Noc±  Ob³u¿e przypomina cmentarz. Trupie ¶wiat³o rtêciowych lamp wy³awia z nocy szare ¶ciany, szarych bloków.  W ich ¶wietle nawet trawniki maj± niewiele wspólnego z zieleni±, przypominaj± raczej ciemnopopielaty dywan rozwiniêty przez projektanta daltonistê. Mimo to lubiê nocne spacery, puste ulice, chodniki, ciche westchnienia odpoczywaj±cej od ludzi ziemi. Wa³êsam siê wtedy za psem, który spuszczony ze smyczy wêszy w zakamarkach zagarniêtych przez mrok. Pozwalam sobie na luksus niemy¶lenia. Odpoczywam. Jaki¶ czas temu zabrano mi te chwile. Przed³u¿aj±cy siê remont ulicy, przy której mieszkam, straszy piêtrz±cymi siê ha³dami piachu, zmusza do uwagi g³êbokimi wykopami, zastawia pu³apki wysokich krawê¿ników, wyros³ych w najmniej oczekiwanych miejscach. Do tego wszystkiego jesieñ i pada. Nie trudno zgadn±æ, ¿e zacz±³em pó³nocne przechadzki  traktowaæ jak dopust bo¿y. Wczoraj postanowi³em wystrychn±æ na dudka remonty ca³ego ¶wiata. Wsiedli¶my z Kapslem do samochodu i pojechali¶my w miejsce, które zwykli¶my odwiedzaæ rano, chocia¿ znajduje siê na przeciwleg³ym krañcu miasta. Niezatrzymani przez ¿aden korek, dotarli¶my do Or³owa w kilkana¶cie minut. Zaparkowa³em auto ko³o Domku ¯eromskiego i ruszyli¶my za molo, w stronê wpinaj±cego siê na wzgórze deptaka. Latarnie przywita³y nas ciep³ym ¶wiat³em sepii, morze szumia³o u podnó¿a skarpy jak±¶ opowie¶æ, a ja uwolni³em Kapsla i ju¿ mia³em schowaæ siê w b³ogos³awionej pró¿ni, kiedy z ³awki nieopodal dobieg³ mnie p³acz dziecka. Tak mi siê przynajmniej wydawa³o. Pies zaskowycza³. Nikogo nie dostrzeg³em, ani w pobli¿u, ani na ¿adnej z ³awek, które znajdowa³y siê w zasiêgu mojego wzroku.
- To kot, Kapsel. Spokój.
Nie uszed³em dwóch kroków, a sytuacja powtórzy³a siê. P³acz dziecka, skowyt psa, biegn±cego do mnie z podkulonym ogonem.
- Jest tu kto?
Zawo³a³em przez ¶wiat³o w noc, odpowiedzia³o mi pochlipywanie. Prawie zobaczy³em wykrzywione w p³aczu usta, ciekn±ce po pucu³owatych policzkach ³zy i zasmarkany nos. Pies przysiad³ na tylnych ³apach zacz±³ wyæ.
- Cicho Kapsel!
Warkn±³em na niego szukaj±c kilkuletniego berbecia zagubionego gdzie¶ w pobli¿u.
- HALOOO!
Krzykn±³em. P³acz nasili³ siê. Od morza przywia³o zimny podmuch. Nawo³uj±c ruszy³em na poszukiwania ci±gn±c za sob± opieraj±cego siê psa.
Dziecko wydawa³o siê byæ na wyci±gniêcie rêki, ale gdzie?! Ono za¶ w wyobra¼ni wyci±ga³o ku mnie bezradne r±czki, przera¿one, zagubione, byæ mo¿e porzucone. Musia³o siê poruszaæ, b³±dziæ gdzie¶ miêdzy drzewami , inaczej dawno bym je znalaz³.
Im dalej by³em od ciep³ego ¶wiat³a latarni, tym Kapsel zapiera³ siê bardziej, wydobywaj±c z siebie niczego nieprzypominaj±ce wizgi, ale i p³acz stawa³ siê coraz bardziej wyra¼ny. W¿era³ siê w moj± duszê tak rozpaczliwym wo³aniem o pomoc, ¿e przesta³em zwracaæ uwagê na to, co dzia³o siê z noc±. A dzia³o siê, oj dzia³o. Po pierwsze gêstnia³a na smolist± brejê, w której nie sposób by³o siê ju¿ prawie poruszaæ. Po drugie ch³ód tê¿a³, a¿ do mrozu. Rêce mia³em zgrabia³e, a ka¿dy oddech zakwita³ ob³okiem pary. Po trzecie wiatr zacz±³ hulaæ miêdzy ga³êziami drzew, chocia¿ nie poruszy³ przy tym nawet jednego listka. Gdybym to dostrzeg³, pewnie w³osy na g³owie stanê³yby mi dêba, lecz ja tego nie widzia³em, brn±³em w upiorn± fatamorganê wci±¿ g³êbiej i g³êbiej. Nawet nie zauwa¿y³em, kiedy smycz wypad³a mi z rêki.
Moje poszukiwania mia³y wkrótce zostaæ nagrodzone. Sta³o siê to w momencie, gdy straci³em ju¿ resztki nadziei. Bez si³, zziêbniêty, ze zdartym gard³em opad³em w sztywn± od szronu trawê. Sumienie nie pozwala³o odej¶æ, cia³o protestowa³o przeciwko dalszym poszukiwaniom.
- Ugrz±z³em! - Wyrycza³em bezsilny.
Wtedy siê pojawi³. Sta³ tu¿ obok z otwartymi ustami, przez które s±czy³ siê dzieciêcy p³acz. Jego twarz by³a pozbawiona wyrazu, Móg³bym przysi±d¼, ¿e pod trupioblad± skór±, w ¿y³ach, nie kr±¿y³a krew a skondensowana rozpacz. Dna oczodo³ów zia³y martw± pustk±. B³êdem by³oby powiedzieæ o nim - martwy. Wyci±gn±³ ku mnie jak najbardziej ¿ywe rêce, chude, wielopalczaste, niczym macki o¶moirnicy.
Krzyk zrodzi³ siê w najodleglejszej czê¶ci mojej duszy, potê¿nia³ z ka¿d± chwil±, pêcznia³ od przera¿enia. Nagle, co¶ chwyci³o mnie za ramiê i szarpnê³o mocno wyci±gaj±c przemoc± ze smolistej mazi nocy.
- Tato!!! Obud¼ siê! Tato! Krzyczysz przez sen.
- Co krzyczê?
Wychrypia³em przez zaci¶niête gard³o. Nie¶wiadom jeszcze miejsca, w którym siê znajdujê.
- "Strach! Strach!" Strasznie krzycza³e¶. I znowu zasn±³e¶ w fotelu.
- Acha. Przepraszam, wracaj do ³ó¿ka, córcia.

czwartek, 22 pa¼dziernika 2009
Przerwa

Zwyk³em podró¿owaæ we ¶nie, a ¿e woja¿e w nieznane uwielbiam ponad wszystko, ¶piê chêtnie i w miarê mo¿liwo¶ci d³ugo. Szczególnie lubiê odwiedzaæ was, ludzi. Dziw bierze jak ró¿norodni jeste¶cie w swoich snach i jak zabawni. Nie, nie podgl±dam was, ot przechodzê. Bywa, ¿e takie odwiedziny, maj± swój ci±g dalszy, przeradzaj±c siê w znajomo¶æ, a nawet za¿y³o¶æ, lecz to zupe³nie inna para kaloszy i nie bêdê nad tym siê rozwodziæ – tajemnica zawodowa. 
S± miêdzy wami tacy, którzy w przedziwny sposób wyczuwaj± moje nadej¶cie, co powoduje zmianê temperatury i barwy snu. Na przyk³ad.
Wpad³em kiedy¶ do go¶cia, który stoj±c na potê¿nej p³achcie blachy spada³ z wie¿owca. Dar³ siê w niebog³osy nie wiedz±c ile jeszcze zosta³o mu czasu nim uderzy o ziemiê. Wydawa³o siê, ¿e ogarniêty pierwotnym lêkiem nie bêdzie w stanie dostrzec niczego poza zbli¿aj±c± siê nieuchronnie ¶mierci±. On jednak spostrzeg³ mój cieñ, opanowa³ lêk i przemieniwszy stal w dywan poderwa³ siê do lotu wykorzystuj±c wyimaginowane pr±dy wznosz±ce. Przysiad³em na lataj±cym dywanie na chwilê. Odbyli¶my krótk± pogawêdkê podczas, której nie nazywa³ mnie inaczej ni¿ ¶wiêtym Tureckim. Nie wiem dlaczego. Kiedy ju¿ opuszcza³em jego sen uszu mych dolecia³ krzyk. Obejrzawszy siê dostrzeg³em, ¿e znów spada wpity stopami w ¶liski metal. Dziwny cz³owiek. Inny, a w³a¶ciwie inna, w zasadzie nie pierwszej ju¿ m³odo¶ci dama. O w³a¶nie! Dama nie pierwszej m³odo¶ci przebieraj±c nogami w miejscu udawa³a, ¿e ucieka przed cieniem, który te¿ udawa³, ¿e j± goni. Korytarz w którym odbywa³o siê to dziwowisko spowity by³ ciê¿kim dymem z pochodni wisz±cych u stropu, bez ¿adnego mocowania. Ogarniêty cieniem, by³em przekonany o swej niewidzialno¶ci, kiedy nagle, jak za dotkniêciem czarodziejskiej ró¿d¿ki, wszystko uleg³o zmianie. Miast korytarza – alkowa, miejsce pochodni zast±pi³y ¶wiece osadzone w zdobnych kandelabrach. Te¿ dymi³y paskudnie, ale przynajmniej pachnia³ ten czad ni to waniliowo, ni rumiankowo, no zapach jaki¶. Sama dama, jakby odm³odnia³a i schud³a, ju¿ nie spocona, wystrojona w tiule wo³a³a na mnie z ³o¿a:
- Edmundzie!
Têsknie.
- Edmundzie!
Jakby: Chod¼ tu do mnie natychmiast.
- Edmundzie!
Kryj±c twarz za rumieñcem odrzuci³a tiule. I wiecie co? Myli³em siê, ona wcale nie odm³odnia³a, nie schud³a, lecz uczucie do Edmunda (kimkolwiek by nie by³ niech mi wybaczy to czego nie opowiem), i okoliczno¶ci uczyni³y j± zjawiskowo piêkn±. Jaki¶ czas pó¼niej, wymykaj±c siê z alkowy us³ysza³em za plecami tupot. Znów przebiera³a nogami klaszcz±c stopami po¶rodku ponurego korytarza…
- Morfeuszu! Gadasz przez sen!
Wybaczcie, pora mi i¶æ, to mój stryj. On nie lubi jak ¶piê. Mówi, ¿e sen to domena umar³ych. Taki zawodowy dowcip. Terminujê u niego, ale to nie dla mnie robota. Wy nie odchod¼cie, po¶pijcie sobie jeszcze trochê. I pamiêtajcie, ¿eby w sobotê przestawiæ zegarki, by w niedzielê zostaæ po tej stronie trochê d³u¿ej.
- Wcale nie ¶piê Tanatosie! Ju¿ idê.

¶roda, 21 pa¼dziernika 2009
Corpus delicti

Jego wêdrówka zaczê³a siê od ojca i twardej szko³y produktywnego ¿ycia. Nie by³ produktywny, inaczej wyobra¿a³ sobie ¿ycie. Podmiot zapewne sam zechce o tamtych dniach opowiedzieæ, ja tu jestem tylko narratorem wtr±caj±cym s³owo lub dwa, za którego plecami bêdzie móg³ siê czasem schowaæ.
Z domu wyszed³ w nocy, po dniu, w którym matka rzuci³a w niego kromk± chleba wo³aj±c pomocy:
- Dosyæ mam ju¿ waszych k³ótni!!!
To by³ przypadek, ¿e trafi³a akurat w niego. Sta³, jak to zwykle bywa, w nieodpowiednim miejscu.
Worek, w którym do tej pory nosi³ zeszyty i ksi±¿ki zamieni³ na dom, dla kilku swetrów, jednej koszuli i pary spodni. Noc za drzwiami, chocia¿ letnia, przywita³a go ch³odno. Zach³ysn±³ siê pierwszym oddechem. Nazwa³ go wolno¶æ. Trudno powiedzieæ có¿ to s³owo dla niego oznacza³o, mogê tak jak wy domniemywaæ.
Ruszy³. Mia³ siê nie zatrzymaæ ju¿ nigdy. Byæ mo¿e jego ¿ycie potoczy³oby siê inaczej, gdyby o tym wtedy wiedzia³.
Czasy by³y niespokojne, powietrze nabrzmiewa³o zapachem zmian tak donios³ych, ¿e a¿ niemo¿liwych do ogarniêcia, lecz rok 88 mia³ kojarzyæ mu siê, ju¿ zawsze, z odg³osem kroków stawianych jeden po drugim, wci±¿ naprzód, przed siebie. W swojej wêdrówce mia³ nie zapamiêtywaæ miast, nazw ulic, przysz³o mu zapisywaæ w pamiêci ludzi. Ludzie byli wa¿ni. Dzielili siê chlebem, miejscem pod dachem i groszem. To przez nich, ¿yczliwych, uwierzy³ naiwnie, ¿e ¶wiat utkany jest z dobra. Dziêki nim ta naiwno¶æ mia³a szansê przetrwaæ wiek m³odzieñczy.
Pierwsze kroki stawia³ dziarsko, odwa¿nie. Nie ogl±da³ siê za siebie w stronê domu rodzinnego i kartki przyklejonej do lustra w przedpokoju. Nie by³a elaboratem na temat krzywd doznanych i wyimaginowanych, rzek± ¿alu i pretensji do ¶wiata. Wrêcz przeciwnie. Jedno, krótkie zdanie niczego nie wyja¶nia³o. Czytano je potem wielokrotnie doszukuj±c siê jakiej¶ ukrytej tre¶ci, byæ mo¿e ostatecznej: Wybacz mamo. Liczba pojedyncza, ani s³owa do ojca. Jego, chocia¿ pewnie nie przyzna³by siê do tego, nienawidzi³, przynajmniej tamtej nocy.
Z rzadka przeje¿d¿aj±ce samochody ¶wiat³em reflektorów wy³awia³y go z mroku, nie zatrzymywa³ ich, do tego potrzebny by³ cel podró¿y, a on go nie mia³, jak wspomnia³em zach³ysn±³ siê na swój sposób rozumian± wolno¶ci±. Gdzie¶ jednak chcia³ dotrzeæ, czego¶ dokonaæ, zrobiæ co¶ wa¿nego. Ró¿ne pomys³y k³êbi³y mu siê w g³owie i chocia¿ ka¿dy z nich by³ inny, to koñczy³y tak samo - A potem ¿y³ d³ugo i szczê¶liwie.
Wraz z up³ywaj±c± noc± opada³y z niego emocje, styg³a rozbujana wyobra¼nia, a¿ zmêczenie rozkaza³o zatrzymaæ siê, przysi±¶æ na worku i zastanowiæ: Co dalej?  Wreszcie pamiêæ podsunê³a tre¶æ pocztówki sprzed kilku dni nadanej w Bukowinie Tatrzañskiej.
„Piêknie tu! Szkoda, ¿e nie mo¿esz przyjechaæ. Magda.”
- Mogê! Teraz mogê wszystko!
Zawo³a³ i znów ruszy³ ra¼no przed siebie, tak jakby Bukowina Tatrzañska by³a tu¿ za zakrêtem.

19:30, tercybiades , Wsteczny
Link Komentarze (9) »
poniedzia³ek, 19 pa¼dziernika 2009
Ja¶min

Zmêczenie jest jak trucizna. gotowa skaziæ ka¿d± przyjemno¶æ, chyba, ¿e uda siê wcze¶niej zasn±æ. Sny przynosz± zbawienie, je¿eli nie wtr±ca siê w nie telefon.
- Co robisz?
Danka. Weso³a, niezno¶nie wyluzowana. Widzê j± jak siedzi na swojej miêkkiej sofie ubrana w nocn± koszulkê, t± z koronk± na dole. Wyci±gnê³a d³ugie nogi przed siebie i opar³a je na stole. Kiwa palcami u stóp, mo¿e maluje sobie paznokcie u r±k na rano, a s³uchawkê przyciska do ucha ramieniem. Powietrze wype³nione ostrym zapachem lakieru wcale jej nie przeszkadza.
- Malujesz paznokcie?
- Sk±d wiesz?
Odpowiada ¶miej±c siê jakby by³ jaki¶ powód do tego ¿eby siê ¶miaæ. Czujê zapach tego lakieru i robi mi siê niedobrze.
- Wiem wszystko.
Odpowiadam g³osem zdradzanego mê¿a dzier¿±cego w d³oni rewolwer.
- Wszystko u ciebie w porz±dku?
O, przerwa³a manicure. Teraz bêdzie siê dopytywaæ, a ja jestem zmêczony przepracowanym weekendem, nie ogl±daniem Kubicy pierwszy raz w tym sezonie i ca³± mas± innych rzeczy, o których nawet ju¿ nie pamiêtam, tak ich du¿o by³o w tym tygodniu.
- Poza tym, ¿e jest pó³noc?
Po takim pytaniu zastanawia siê: waln±æ s³uchawk±, czy go pocieszaæ? 
- Mo¿e przyjechaæ do ciebie?
Dobrze wie, ¿e siê nie zgodzê, córka ¶pi obok w pokoju. A jak siê obudzi? A jak my za¶niemy, a¿ po budzik rano?
- Nie mam na to si³y, Danusiu.
- Jeste¶ zmêczony?
Jej niedowierzanie dra¿ni.
- Nawet nie masz pojêcia.
Kiedy to mówiê, czujê jak powieki same opadaj±. Och, gdyby tak zatrzasn±æ je na 24 godziny. Dobrze wiem, ¿e nie da³bym rady tyle przespaæ i wcale nie wsta³bym wypoczêty, ale my¶l sama w sobie jest s³odka, kusz±ca jak wielka blacha „murzynka” z zakalcem.  Bêdê musia³ jeszcze wzi±æ prysznic przed snem, ju¿ woda szumi w nim tak jednostajnie, a ¶wiat³o zgaszone, za oknem ciemno¶æ, w pokoju - ciemno, pod powiekami piasek, w ubraniu ciasno...
Co to? Co¶ dzwoni? Zasn±³em? Na zegarku pó³noc i czterdzie¶ci minut. Znowu co¶ dzwoni. Krótko, nie¶mia³o. Domofon. Chryste, uratuj mnie!
- Otwórz.
Nie mam si³ zaprotestowaæ. Danka w d³ugim, czerwonym p³aszczu stoi ju¿ za drzwiami. Có¿ za jadowity odcieñ. Podaje mi go w przedpokoju, a ja bez szacunku rzucam nim o fotel. Zdejmuje kozaczki w które wcisnê³a nagie stopy i nogawki od pid¿amy w delikatne ró¿yczki.
- A gdzie masz nogi?
Pytam pó³ przytomnie. Nie odpowiada, prowadzi mnie do sypialni, rozkazuje siê rozebraæ.
- K³adz siê. Na brzuchu wariacie. - ¦mieje siê. Ze mnie? 
Niewiadomo sk±d wyczarowuje olejek. Siada na mnie okrakiem.
- Mo¿esz zasn±æ. Mnie tu nie ma.
Szepcze do ucha. Potem jej gor±ce, pachn±ce ja¶minem d³onie masuj± mi kark i ramiona. Drobne palce wypompowuj± zmêczenie z nabrzmia³ych stresem miê¶ni.
Jej tu nie ma – powiedzia³em do siebie na g³os. I zasn±³em.
Budz±c siê rano pomy¶la³em, ¿e ¶ni mi siê coraz wiêcej. Zapach ja¶minu, który zdawa³ siê ze snu przesi±kn±æ w rzeczywisto¶æ szepta³ do mnie, lecz sp³oszony wrzaskiem budzika – SZÓSTA TRZYDZIE¦CI!!! – zamilk³.

11:25, tercybiades , S³owa
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16